piątek, 8 listopada 2013

9. "She would be four"

JEŻELI CZYTASZ ZOSTAW KOMENTARZ POD POSTEM. CHCĘ WIEDZIEĆ ILE DOKŁADNIE OSÓB TUTAJ ZAGLĄDA. :) 



                    Myślałam, że po całym zbiegu-z Justinem w czwartek będzie to ostatni raz kiedy go widzę. Jak niewygodne i nieprzyjemne jest kontynuowanie rozmowy z około piętnastoletnią dziewczyną kiedy między nią, a tobą jest duża różnica wieku? O, boże pewnie on teraz myśli, że ja uznałam, że to cała sprawa coś znaczy i teraz planuję nasz ślub czy coś. Chociaż mógł by wziąć moje słowa jakbym miała te same intencje do tego co on. Nie myślę, że jego czyny wobec mnie oznaczały  coś nadzwyczajnego. To było po prostu przypadkowe, nieprzemyślane i spontaniczne działanie spowodowane marihuaną, którą palił. O ile wiem, Justin i ja jesteśmy jeszcze bardziej odległymi osobami niż byliśmy i nigdy więcej nie będę miała do czynienia z paniką przed upokorzeniem siebie przed nim (z pozytywnej strony).
                    - Wszystko dobrze z tobą? – Megan zapytała, patrząc na mnie kiedy pocierałam się o pień drzewa w górę i dół. Zostałam z nią na zewnątrz podczas wolnego czasu, piątek.  Po wyjaśnieniu jej, że nie będę wtrącać się w jej sprawy, uśmiechnęła i się powiedziała, że nie była na mnie zła. Była zła jedynie na Ally, która była tak głupia aby to wygadać. Niestety nie powiedziała mi, że ma zamiar mi choć trochę z tego wyjaśnić. Ostatniej nocy pod koszulą nie do zniesienia swędziały mnie plecy. Szczęściara ze mnie, że swędzenie rozprzestrzenia się jak szalone i teraz moje ręce, dekolt, a nawet twarz była cała czerwona.  Jęknęłam, skręcając się na boki w górę i w dół próbując uwolnić się z tego niewygodnego swędzenia, które przejęło większość części mojego ciała.
                    - Nie! – jęknęłam podkreślając końcówkę wyrazu. Byłam absolutnie nieszczęśliwa i nie mam pojęcia co mam zrobić, aby to przerwać.
Przeniosłam się na drugą stronę drzewa, pokazując się Megan.
                    - Jak długo to trwa Joanna?! Myślę, że być może powinnaś – nagle przerwała. Wyciągając swoją głowę od strony drzewa, spojrzałam na nią.
                    - Może powinnam, ach – Obok Megan, która miała skrzyżowane ręce i paskudny wyraz twarzy stał Justin, który trzymał ręce w kieszeni jeansów. Szybko wyskoczyłam z miejsca w, którym byłam, przełknęłam ślinę i próbowałam złagodzić uczucie zakłopotania wiszącego w powietrzu jak u upartego trzylatka.  Przełknęłam gulę w gardle, chowając kosmyk włosów, który wypadł z mojego warkocza bezpiecznie za ucho. Otworzyłam usta aby coś powiedzieć, ale zauważyłam małe, czerwone plamy na jego skórze: całej szyi i ramionach prawie wyglądające śmiertelnie.
                    - Sumak jadowity – powiedział, zanim zdążyłam zapytać. Skinęłam głową drapiąc moją szyję przez parę sekund. – I ty też to masz.



                    Justin i ja siedzieliśmy naprzeciwko siebie, na wysokim łóżku, które było okryte cienkim kawałkiem papieru do spraw higienicznych. Jego nogi zwisały, podczas gdy moje podciągnęłam do piersi.
                    - Tutaj możecie przejść, laleczki – powiedziała pielęgniarka Rose wręczając nam słoik wypełniony wacikami. Umieszczając obok słoika małą miskę wypełnioną jakąś jasnożółtą cieczą. Dziękując jej zmarszczyłam brwi na drugą rzecz i zapytałam co to jest.
                    - Olejek z drzewa herbacianego, moja droga. Nam wolno używać tylko naturalnych środków, bez zgody waszych rodziców. A sądząc po dokumentach was oboju, żaden z rodziców nie podpisał zgody. Więc tutaj jesteś. Namocz wacik do miski z olejem, a następnie przetrzyj go na zakażonych obszarach. Powinno być dobrze po krótkim czasie! – powiedziała kładąc ręce na biodrach i uśmiechając się do siebie. Nagle zadzwonił jej telefon i szybko zareagowała.
                    - Ups! Będę z powrotem za sekundę – odwróciła się pośpieszając do drzwi zostawiając nas w milczeniu. Prawie jęknęłam źle rozpoczynając rozmowę po czym spojrzałam na moje spodnie. Przeklinam cię Boże za dodanie niezręczności jako największego składnika receptury Joanny. Ale znowu dziękuje Ci za dodanie dokładnych przeciwieństw dla Justina.
                    - Widzę, że mnie nie posłuchałaś – powiedział losowo, zwracając moją uwagę do niesubtelnego komentarza. Zaskoczona przechyliłam głowę na bok.
                    - Skomplikowane.
                    - Twój warkocz – uśmiechnął się. Moja odwaga spadła. Cholera, zapomniałam o tym. Nie zamierzałam go słuchać w pierwszej kolejności z kilku powodów. Pierwszy: Nie będę jak jego posłuszne dziecko, które wykonuje każdy rozkaz. Ze wszystkiego na świecie najbardziej nie lubię kontrolowania i na pewno nikt nie będzie myślał, że ma nade mną kontrolę. Drugi: po prostu nie chcę. Pewnie, że uznaje to jako fakt, że rzeczywiście WYGLĄDAM lepiej z rozpuszczonymi włosami, ale może to nie jest wystarczająco wygodne. Nienawidzę wszystkich niepotrzebnych rzeczy, które mnie rozpraszają i nie będę tego zmieniać bo ktoś mi tak powiedział. Wzruszając ramionami spojrzałam na moje dłonie bardzo chcąc aby zadzwonił telefon komórkowy ratując mnie od kłopotliwej sytuacji w jakiej byłam. Jeśli zrobiłam cos niezręcznego lub głupiego, wolałam o tym nie wiedzieć. Wiesz co mówią: niewiedza jest błogosławieństwem. Sięgając do przodu pociągnął mój warkocz przez ramię biegając palcami po moich starannie zaplecionych włosach.  Spojrzałam na to zauważając jak długo miałam związane tak włosy przez te krótkie, dwa tygodnie. Teraz sięgały za żebra, muszę to zanotować aby je ściąć. Było zabronione obcinać własne włosy, ale to co moi rodzice nie wiedzą nie powinno im szkodzić, prawda?
                    - Lubię to – powiedział patrząc na moje włosy. Rany, co jest z tymi losowymi, niewyjaśnionymi komentarzami?
                    - Moje włosy? – zapytałam głupio. Zachichotał wciągając powietrze przez nos.
                    - Że mnie nie słuchasz – powiedział śledząc kciukiem miękkie końcówki moich włosów. Jeden punkt dla Joey! Mój akt nie posłuszeństwa niechcący odwołał się do niego. Ale dlaczego? Czy chłopaki przypadkiem nie podziwiają kobiet, które są na ogół uległe? Czy oni nie uwielbiają kontroli i poczucia bycia bardziej dominującym?
                    - Jak to się stało? – zapytałam.
                    Wzdychając, pochylił się puszczając mój warkocz. Szczerze mówiąc brakowało mi tego uczucia. Nie, żeby miał jakieś magiczne palce czy coś, po prostu to relaksujące dla ludzi jak bawią się twoimi włosami.
                    - To po prostu tylko wydaje się, że wszystkie dziewczyny są takie same. Myślą, że muszą być 24/7 na kolanach żeby mnie uszczęśliwić.  Nigdy nie jest „Nie podoba mi się, ale tobie może” zawsze jest „Co o tym sądzisz, Justin?”. Naprawdę nienawidzę kiedy ludzie traktują mnie jakbym był jakiś sławny, wiesz? – Ha, nie! Byłam znana jako Joanna świętoszka, córka kapłana, która wypycha stanik (który był i nadal jest fałszywy!) Poza tamtą etykietą, byłam „nikim”. Miałam trzy przyjaciółki, które nie wydawały się znacznie mną zainteresowane, w domu. Skończyłam pracę domową, unikałam kontaktów z płcią przeciwną i wracałam do listy obowiązków każdego dnia. Nastolatki w takich dniach nie chcą znać kogoś takiego jak ja. Wartościowi ludzie to tacy, którzy kończą liceum, zawsze mają prezerwatywy w portfelu i chodzą na dzikie imprezy. Wartościowi ludzie tacy jak… Justin.
Znów wzruszyłam ramionami i spojrzałam jeszcze raz na niego. Umieściłam mój podbródek pod prawym kolanem.
                    - Zresztą w porządku, nie ważne – wzdychając głęboko powiedział. Sięgnął do przodu marszcząc matę  pod jego ciężarem i wziął do ręki jeszcze raz mojego warkocza. – Wyglądasz ładnie tak czy inaczej. - zagarnął moje włosy za uszy przy czym moją skórę ogarnęło ekstremalne ciepło. Mogę sobie tylko wyobrazić jak zszokowano musiałam wyglądać przez jego komentarz. Wysoki czy całkowicie trzeźwy przyznał, że jestem atrakcyjna. Kaszląc niezgrabnie wyskoczyłam z łóżka drapiąc się w międzyczasie. Wszechświat może zaplanował jeszcze coś innego chyba, że chciał aby moje kontakty z Justinem wypadały aż tak źle. Wszystko (najprawdopodobniej) byłoby lepsze niż nieznośnie swędząca wysypka! Dlaczego muszę mieć sumaka jadowitego? Skuliłam się myśląc o tym, że nie zauważyłam, że ruszał tymi wszystkimi liśćmi na bok kiedy ja szukałam go w krzakach. Nie wspominając o tym, że prawie wywróciłam się na nich wyskakując.
                    - Gdzie idziesz? – zapytał przesuwając się trochę. Nie oglądając się za nim machnęłam ręką i przeszłam do głównego pokoju. Pielęgniarka pochylała się nad ladą mówiąc do beżowego telefonu. Skręcała kabel od niego wokół palca z niepokojem.
                    - Nie, nie, nie powiedz jej tylko aby piła dużo wody – przerwa – Tak, więcej niż osiem szklanek dziennie – przerwa – W porządku powiedz mi jak to idzie. Odkładając słuchawkę odwróciła się do mnie nieco zaskoczona.
                    - Oh, tak?
                    - Czy masz jakiś podkoszulek, który mogłabyś mi pożyczyć, wiele z tego mam na plecach, więc…  - wahałam się nie do końca wiedząc jak dokończyć zdanie. – Ta  - skinęła głową.
                    - Jasne, jasne -  powiedziała cicho obracając się wokół. Pochylając się otworzyła jedną z długich, szarych szuflad wyciągając przydługawą, cienką koszulkę.
                    - Możesz być kreatywna i odciąć rękawy jeśli chcesz, to wszystko co mam. Przepraszam – potrząsnęłam głową uśmiechając się uspokajająco.
                    - Nie, nie, jest dobrze. Masz jakieś nożyczki? – wręczyła mi duże niebieskie nożyczki przed pójściem do jej gabinetu gdzie siedział Justin. Szybko obcięłam oba rękawy tworząc krótki, niechlujny podkoszulek. Po użyciu zbyt czystej łazienki do przebrania się (w, której w każdym rogu były chusteczki higieniczne) odwróciłam się do lustra szukając wzrokiem mojego czarnego stanika. Moja bielizna była tylko jedyną rzeczą z garderoby, którą sama mogłam sobie wybrać. Mój ojciec oczywiście nie wiedział nic o stanikach (dzięki Bogu) dlatego nie chciał mi pomóc, nawet jeśli bym zapytała. Moja mama płakała kiedy zobaczyła koronkowy, różowy biustonosz twierdząc, że szukałam go aby eksperymentować z chłopcem, gdy byłam w siódmej klasie. Więc była wykluczona. Przy zakupie bielizny dała mi do ręki pieniądze siadając gdzieś i zostawiając mnie w sklepie samą. Oczywiście musiałam im oddać resztę z powrotem, aby upewnili się, że nie wydałam tych pieniędzy na nic innego niż staniki.                     Zamknęłam drzwi od łazienki cicho idąc do repecki i biura pielęgniarki. Drzwi były otwarte pozwalając dostać się do białego pokoju więcej światła niż było potrzebne.
                    - Ała! Boże! – Justin syknął podskakując. Jego koszulka została rzucona na wysokie łóżko, a pielęgniarka delikatnie przecierała wacikiem jego plecy.
                    - Justin! – Rose krzyknęła jakby go zaraz miała uderzyć za wzywanie imienia Boga nadaremno. Przez chwilę zastanawiałam się jak sumak jadowity może spowodować jakikolwiek ból… ale później zostałam rozproszona. Zamiast oglądać idealne ciało, wiedziałam jedno: ono wygląda jeszcze lepiej. Miał tatuaże, wiele z nich… było od 18 roku życia. Jego ciało było pięknie udekorowane, które dodatkowo było stonowanie opalone. Nad lewym uchem były malutkie figurki, które wyglądały mi na nuty, które sięgały niemal do połowy szyi. Na lewym biodrze: mały, zarysowany ptak. Na lewym żebrze: liść marihuany z cytatem Boba Marleya pod spodem. Na lewym łokciu: gruby kontur gwiazdy. Choć pozornie wyglądało jakby wszystkie jego tatuaże były po lewej stronie ciała jednak gdy podniósł prawą rękę aby podrapać się po szyi zauważyłam napis. Pochylonymi literami można było odczytać słowa przeplatane przez smugi dymu, który był powiązany z literami.
„Uwierz w nic, nie ważne czy to przeczytałeś lub kto to powiedział, nie ważne czy to co powiedziałem zgadza się z rozumem i rozsądkiem”
                    To brzmiało znajomo, jakbym słyszała albo widziała już to wcześniej. Stanęłam w drzwiach myśląc do siebie. Gdzie słyszałam to wcześniej?
                    - Uh, Joanna chcesz zacząć się teraz oczyszczać? – porzuciłam moje myśli patrząc na stojących i czekających Rose i Justina. Jej brwi zmarszczyły się w błąd, a on uśmiechał się głupawo.
                    Argh! Mogłabym teraz zamienić moje pięści w piłki i wstrząsnąć się nimi. Wiedział, że „gapiłam się na niego” i miał zacząć być zarozumiałym z powodu tego małego gówna. Już to czuję. Idąc w kierunku łóżka, usiadłam na nim i pocierając wacik w olejku z drzewa herbacianego zaczęłam go niechlujnie szorować po mojej skórze.
                    - Nie, Joanna, nie chcesz tego poszerzyć! – pielęgniarka powiedziała wyrywając wacik z moich rąk i kładąc go na cienkim papierze na, którym siedziałam.
                    - Ugniataj to. Justin, pokaż jej – podszedł chwycił wacik, zanurzył go w misce i delikatnie poklepał po swojej ręce. Uśmiechnął się nieco patrząc mi prosto w oczy.
                    - Ta, Joanna, ugniataj to – powiedział kpiąco nadal poklepując to na swojej skórze jak pokazywał. Rozszerzyłam oczy umieszczając na twarzy największy uśmiech jaki było możliwy przed puknięciem się w czoło.
                    - Wiesz nie widziałam tego wcześniej, ale odkąd mi to pokazałeś, widzę światło. Chwytając obie ręce do siebie zamknęłam na chwilę oczy, jakbym korzystała z każdej sekundy w tej chwili – Dziękuje, bracie - Justin patrzył na mnie i śmiał się spłaszczając nos, a Rose kręciła głową.
                    - Hej! Brak kontaktu fizycznego podczas zakażenia! – powiedziała. Natychmiast zrzuciłam swoje ręce na kolana. Jej oczy błyskały pomiędzy naszą dwójką zanim się obróciła.
- To dlatego oboje to dostaliście, nie mam racji? – spojrzała na nas jej nudnymi, niebieskimi oczami, które były praktycznie szare. Moje oczy rozszerzyły się naprawdę tym razem „fizyczny kontakt”?
                    - Nie! – przed możliwością spojrzenia na Justina, wymsknęło mi się. Teraz dwie pary oczu były na mnie. Pielęgniarka Rose uniosła brwi patrząc na mnie z zwątpieniem.
                    - To jak to się stało? – zapytała obrócona do zlewu. Nad nim na ścianie były powieszone szare szafki, a na prawo szare blaty. Pomarszczonymi rękami otworzyła szafkę biorąc duży plik w ramiona przed ustawieniem go na blacie.

                    - Dlaczego tylko wy oboje macie sumaka jadowitego? Wiesz, że  muszę wypełnić raport zdrowia obydwu z was i Pan Wood nie chce znaleźć dziwnych przypadków? – wzięła czarny długopis ze złotą górą. Klikając go raz zaczęła pisać płynnie różne pisma i wypełniać dwa formularze. Przełknęłam ślinę chcąc wymyślić jakiś pretekst jak geniusz i rozgryźć to doskonale, ale spójrzmy prawdzie w oczy…  Joanna Grey nie jest szybka ze słowami jak powiedziano wiele razy. Patrzyłam na Justina z prośbą o pomoc, uśmiechnął się do mnie i zwrócił się do niej. Mentalnie odetchnęłam z ulgą, O boże, on wie co mówi.  Lekko zmieszałam się kiedy poczułam kiedy jego ręka pocierała moje plecy, które były tylko okryte pożyczoną bluzką. Nagle po raz czwarty w historii chwycił mój warkocz. Rose była w połowie drogi do lady trzymając długopis.
                    - Ona ma rację – powoli zahaczał paznokcie o moje włosy, następnie przesuwał je w dół. – Nie jestem pewien dlaczego oboje to mamy. Moja twarz się spłaszczyła i uderzyłam jego rękę dociskając mój warkocz po raz kolejny.
                    - Dalej Joey, dlaczego nie możemy przyznać po prostu co robiliśmy? – zapytał przechylając głowę. Trochę rozsunęłam moje usta gorączkowo potrząsając głową i patrząc w kierunku Rose. Jej ręka przestała pisać, kiedy się nadal bezczelnie gapiła.
                    - Nie robiliśmy nic! Absolutnie nic! – krzyknęłam. Chwycił mój warkocz znowu i uniósł brwi jednocześnie pociągając warkocz w dół.
                    - Nie pamiętam, żeby nicsię nie działo. Pamiętam, że ja daję ci to co chcesz, a ty mi to co ja chcę. - zabierając mu moje włosy myślami strzelałam sztylety w jego stronę. Zacisnęłam moje włosy.
                    - Ja nie! – krzyknęłam w międzyczasie. Przysunął się do mnie i wykręcił usta w sprośny uśmiech.
                    - Ty nie? Praktycznie błagałaś na kolanach. - Rose miała przerażony wyraz twarzy kiedy patrzyła na nas obydwu.
                    - To się nigdy nie wydarzyło! – prawie krzyknęłam uspokajając ją. Justin westchnął.
                    - To prawda! – mówił ciągnąć moją gumkę do włosów.
                    - To co się stało? – nagle zdałam sobie sprawy co on robił. Z każdym pociągnięciem mojego warkocza zaznaczał mi, że teraz moja kolej historii. Z każdym rozplątywaniem mojego warkocza oznaczało, że teraz on będzie opowiadał. Próbowałam przekonać Rose, że nie robiłam nic związanego z seksem, Justin rujnował moje szanse. Nie chciałam aby rozpuszczał moje włosy i używał to przeciwko mnie. Kutas. Puściłam mu ostre spojrzenie.
                    - My graliśmy w grę. – powiedziałam. Pociągnięcie. 
                    - Co to była za gra? – zapytał.
                    - Eee, chowanego – powiedziałam niezręcznie. Pociągnięcie.
                    Rose patrzała na nas dziwnie: prawie zapomniałam fakt, że on nadal mnie dotyka. Cóż, moje włosy. Ale nadal.  W tym momencie zrozumiałam, że cokolwiek bym powiedziała to byłoby wystarczające  aby ją przekonać. Słyszała jak strzelaliśmy coś między sobą i pewnie myślała, że chcemy ją zmieszać.
                    Justin otworzył usta aby znowu coś powiedzieć, ale nagłe zadzwonił telefon. Dając nam zmartwione spojrzenia położyła długopis i podniosła palec.
                    - Zostać tutaj obydwoje – zażądała wskazując palcem na nas. Czekałam do chwili aż zamknęłam drzwi i ze złością spojrzałam na Justina. Był wyraźnie rozbawiony i to było widać na jego twarzy.
                    - Mów cokolwiek chcesz Justin, ale – oznajmiłam krzyżując ramiona na piersi – Nie nadal biorąc moje włosy.  Zaśmiał się z rozbawieniem jakby moje słowa były czystą głupotą.
                    - Więc może po prostu rozluźnij swój warkocz na cały dzień? – zapytał podnosząc brwi na chwilę. Zmrużyłam oczy i pokręciłam głową. Przy ramionach czułam na końcówkach włosów jakby były rozplątywane i wiedziałam, że coś było nie tak.
                    - Co miałeś na myśli z rozluźnieniem warkocza – wtedy zdałam sobie sprawę, że… moja gumka zniknęła!
                    - Oddaj mi moją gumkę do włosów! – powiedziałam trzymając rękę płasko przed sobą. Kręcąc głową uśmiechnął się chytrze pokazując mi czarną gumkę wokół jego nadgarstka.
                    - Nie! – zawołał dziecinnie.
                    - Ona i tak już myśli, że zrobiliśmy coś więc tak! – domagałam się podchodząc do niego. Justin zaczął się głośno śmiać odrywając na chwilę oczy ode mnie.
                    - Zrobiliśmy coś?– usłyszałam za chwilę. Zarumieniłam się ze wstydu i ze złości i spojrzałam na niego. Bum. Teraz tylko ja widzę różnice wzrostu. Ja mierzyłam jedynie 160 cm (5’4 w calach) i musiał być ode mnie wyższy co najmniej o sześć stóp i trochę cali. Byłabym kompletną kłamczuchą, gdybym powiedziała, że jego wzrost mnie nie przestraszył.
                    - Czy nie oznacza to, że pieprzyliśmy się? – na mojej twarzy iskrzyło oburzenie.
                    - Ugh! – krzyknęłam zatykając uszy. – Nie mów tego słowa! - uniósł wysoko brwi i nonszalancko zapytał.
                    - Co? Pieprzyć?
                    - Tak! Nie mów tego! – to nie tak, że nienawidzę tego słowa: po prostu on użył go w kontekście w, którym poczułam się zakłopotana. Parsknął.
                    - Och, przepraszam, ale chyba z tego co pamiętam to ty nazwałaś Candice pieprzoną suką? – unikałam kontaktu wzrokowego, bo bałam się, że gdy podniosę wzrok zobaczę Justina, który będzie rozgniewany. To nie było tajemnicą, że on jest jej i może mógłby się obrazić, a to było naprawdę ostatnią rzeczą, którą chciałam. W końcu gdy spojrzałam na niego wymamrotałam jakieś, krótkie „przepraszam”, ale zobaczyłam, że Justin się częściowo się uśmiecha.
                    - Czemu się uśmiechasz? – zapytałam próbując ukryć zaskoczony i przejęty wyraz twarzy.
                    - Ponieważ kompletnie się z tobą zgadzam.



                    Sobota, co oznacza, że poprzedni dzień minął szybko. W połowie przekonana pielęgniarka Rose uwierzyła, że powodem tego była gra, dlatego obydwoje byliśmy zwolnieni z spraw w sekretariacie zdobywając jedynie dziwne spojrzenia. Mogłabym łatwo wrócić do domku, albo poprosić kogoś innego o gumkę do włosów aby związać moje dzikie, faliste loki, ale nie. Nie zrobiłam tego. Dlaczego? Bo za każdym razem kiedy zdarzało mi się przechodzić koło Justina tego dnia (co wydawało się dziać dziwnie, wiele razy) strzelał mi uroczy uśmiech biegając swoimi dużymi rękami po moich włosach jakby to była jego ulubiona rzecz na świecie. Pochwalił mnie dzisiaj widząc, że moje włosy po raz kolejny były poza warkoczem. Nie tylko z tego powodu postanowiłam zostawić moje włosy w spokoju. „Potrzebujesz żyć mała” powiedział Justin lekko szturchając mnie łokciem. Natychmiast pomyślałam o moich rodzicach. Przypomniałam sobie jak ograniczyli mnie tylko do prostych fryzur podziwiając jak skromna byłam. To mi dało powód do zerwania z warkoczem. Przynajmniej na chwilę.
Pielęgniarka Rose wręczyła nam proste instrukcje.
Sprawozdanie z biura pielęgniarki o godzinie 8.30, 13.30 i 18.30 zgłosić się do czyszczenia z zainfekowanych obszarów.
                    Pod spodem pisma znajdował się jej fantazyjny podpis. Zdając sobie sprawę, że przerwała mój czas mieszania wieków skakałam z radości. A gdyby wysypka rozprzestrzeniła się w dół, musieliśmy znów udać się do biura! Fakt, że ustawiłam w prysznicu tryb masażu aby pozbyć się wysypki na plecach nie pomaga, ale wiedziałam, że to będzie trwało jakiś czas. I takim sposobem: jestem teraz w gabinecie pielęgniarki o 13.30 w sobotę.
                    - Przytrzymaj jeszcze – Justin rozkazał mi głaszcząc lekko wacikiem mój nos. Moje oczy były przyklejone do jego iPoda gdzie grałam w Mario. Nigdy nie doświadczyłam czegoś takiego w moim życiu jak zabawa technologią. Jedyną grą w jakąkolwiek grałam było trzydzieści próbnych dni w Tetris na moim telefonie. Wiem od  niego, ze jeżeli chcę kontynuować muszę być online i kupić grę.
                    - Przytrzymaj jeszcze! – powiedział jeszcze głośniej niż przedtem gdy skręciłam głową na bok unikając banana. Ignorując go skoncentrowałam się jeszcze bardziej niż wcześniej. Trzydzieści sekund później zanim skręciłam za Księżniczką Brzoskwinią wypadło mi prawie wszystko spod kontroli, ale rzuciłam na nią bombę. Uśmiechnęłam się przebiegle zanim znowu spoważniałam.
                    - Czy chcesz zatrzymać swędzenie czy nie, Joanna? – Justin zapytał wzdychając i siadając ponownie.
                    - Tak, tak chcę – powiedziałam śledząc oczami ekran na, którym pojawił się Mario we własnej osobie.
                    - Możesz zatrzymać grę? – zapytał grzecznie.
                    - Ta, uhuh – powiedziałam. Jęknął przybliżając się bliżej i nadal przecierając mój nos. Nie byłam pewna dlaczego nalegał na stosowanie olejku na mojej twarzy, ale nie miałam zamiaru go powstrzymywać.  Zwłaszcza kiedy podał mi swój iPod (tak zakładam) usuwając historię stron internetowych. Prawie roześmiałam się głośno znając tego przyczyny. Czy to nie oczywiste?
                    - Masz rodzeństwo? – zapytał przypadkowo pocierając czoło olejkiem z drzewa herbacianego. Patrząc na niego przerwałam grę. To było oczywiście nagłe, ale zastanawiam się dlaczego jest ciekawy.  
                    - Nie do końca – wzruszyłam ramionami popijając trochę wody, którą Rose wręczyła mi wcześniej. Kubek był do połowy pusty, bo wypiłam większość jednym łykiem.
                    - Twoja mama jest w ciąży? – zapytał sięgając  mojej twarzy i zabierając kilka włosów z niej aby oczyścić  resztę.  
                    - Nie, mój tata jest w ciąży – gdy zauważyłam na to szansę powiedziałam sarkastycznie. Prychnął wywracając oczami. W jego złotych oczach grał błysk rozbawienia gdy się uśmiechał.
                    - Myślę, że wiesz co mam na myśli – wzruszając ramionami spojrzałam w dół na jego iPoda, który był teraz czarny.
                    - Moja mama urodzi chłopca pod koniec lata. – przyznałam przygryzając moją dolną wargę. Nigdy nie zaglądałam do portfeli rodziców, ale zdawała mi się, że wiele zdjęć ultradźwięków zajmuje tam większość miejsca. Mieli więcej zdjęć „baby boy” niż pieniędzy. I mają też mnie jak na razie.
                    - Jesteś podekscytowana? – zapytał trzymając parę palców mojej ręki i pocierając wacikiem moje ramie blisko ciemnych plamek.
                    - Eh – zmrużyłam oczy. – Lubię dzieci, ale nie te z, którymi jestem związana.
                    Uśmiechnął się lekko spoglądając mi w oczy. Patrząc na niego zauważyłam kilka plamek pod jego dolną wargą. Przetarłam oczy, zazdrościłam mu takiej nieskazitelnej cery naturalnie. Jego jasno brązowe włosy niechlujnie łaskotały czoło.
                    - Co? – zapytał patrząc na mnie. Potrząsając głową spojrzałam przed siebie, ale za chwilę znów wpatrywałam się w niego, a on znów skupił się na moich ramionach. Odchrząknęłam niezręcznie starając się udawać znudzoną.
                    - A ty masz jakieś rodzeństwo? – powiedziałam obserwując go. Nagle zatrzymał się i skupił swoje oczy w jednym miejscu. Był w transie jakby myślał o czymś trudnym dla niego. Mentalnie modliłam się, aby nie dostał jakiegoś szału bo to nim wyraźnie wstrząsnęło. Zaskakujące jest to, że opanował się, odchrząknął cicho i kontynuował to co robił.
                    - Uh, tak. Młodszą siostrę Jazmyn i młodszego brata Jaxona – powiedział cicho nie łapiąc kontaktu wzrokowego. – Jaxon jest najmłodszy, ma prawie dwa lata.
                    - Ile lat ma Jazmyn? – zapytałam patrząc na niego, a on podniósł głowę i wyrzucił wacik do kosza.
                    - Miałaby cztery – powiedział bez emocji.


* * * 
Hej, hej! No to mamy kolejny rozdział. :) To jeden z takich bardziej przyjemnych rozdziałów gdyby nie końcówka. Szczerze mówiąc jak pierwszy raz go czytałam to wcześniej w ogóle nie spodziewałam się tej wysypki, haha.  ;) Ok, do następnego! x




czwartek, 31 października 2013

8. "The more I was thinking about all the things I shouldn't be thinking about, the more I saw Justin"


                    Okręcając ołówek na jego przeciwną stronę, wymazałam to co właśnie napisałam. Ledwo widoczne zostały napisane słowa „upić się”. Westchnęłam. Rzeczywiście zaczęłam robić zadania, które przydzielono nam tutaj nieoficjalnie w przeciwieństwie do kogokolwiek tutaj. Wszyscy siedzą z przyjaciółmi, grają z przyjaciółmi lub uderzają do płci przeciwnej z przyjaciółmi. A ja? Cóż po prostu cieszę się perfekcyjnym widokiem na to jak inni spędzają czas, siedzę na ławce i spisuję moje cele i moralności. Wszyscy muszą dymić z zazdrości. Jeśli przynajmniej udało im się mnie zauważyć, w każdym razie. Gdybym ci powiedziała, że staram się być spontaniczna pisząc to, skłamałabym. Przyznam; chciałam się upić tego lata. Dobra, złapałeś mnie. Córka pastora przyznaje się do takich skandalicznych fantazji! Nie, żeby kogoś to obchodziło, ale wiesz… To niewątpliwie byłoby coś, ponieważ moi rodzice pochwalali regułę „zero tolerancji dla uzależnień”. Jeden raz złapana na paleniu, piciu, wciąganiu, a nawet wstrzykiwaniu i możesz za przeproszeniem pocałować swój tyłek. Bez wątpliwości. Nie chcę zawieść moich rodziców. Żadne dziecko nie chce. Żadne dziecko nie chce przyjść do domu i powiedzieć, że oblał test czy został wezwany do dyrektora. No dalej, jak powiesz „nie pierdol”, wiesz o chodzi. Ale, ciągle próbuje by było lepiej ze względu na ich reputacje, która zupełnie nadwyręża moje dobre-samopoczucie. Pamiętam jak zaraz po przybyciu do domu po grupie młodzieżowej, starałam się zaimponować im moją niezliczoną historią osiągnięć i sukcesów, ale to i tak ich nie  zaspokajało. Marzyłam aby być małą córeczką tatusia kiedy byłam młodsza. Oglądałam orzechowymi, wypełnionymi oczami zazdrością kiedy inne małe dziewczynki były traktowane jak księżniczki przez swoich ojców. Podczas gdy one siedziały na ramionach swoich ojców ja recytowałam wiersze na coroczne zabawy świąteczne. I nie byłam nawet wybrana do głównej roli! Oczywiście nepotyzm było inną sprawą, mocno zmarszczyłam brwi. Nawet jeśli –mogę powiedzieć o sobie- że zdmuchnęłam wszystkich na ubocze moim występem (90% gry, 7% robienia czegoś w tle i 3% śpiewania). Nie było gratulacji. Nawet „dobra robota”. A to było związane z kościołem! Co roku wszyscy rodzice czekali na innych przy wyjściu z bukietami wspaniałych kwiatów, czekoladkami i balonami. Przytulali, podnosili, całowali. Ja dostawałam gówno. Ale, wiedziałam lepiej aby nie pytać dlaczego mnie tak traktowali. To tak jak prosić o krzyk. Przypomniałam sobie listę rzeczy napisanej na idealnie podartej  kartce papieru, po słowach, które miałam zapisane „Zacząć się malować, lepiej się ubierać, przekłuć uszy, więcej przeklinać i upić się” zatrzymałam się, dodając strzałkę i napisałam wystarczająco duże litery „najważniejsze” „wymknąć się… i eksperymentować z chłopakiem”. Niektóre z moich „celów” były dość ogólne, a niektóre były mniej lub bardziej konkretne. Tak czy inaczej, nie mogę pomóc, ale zauważ, że wszystkie odnosiły się do zasad, które rodzice mi dali. Cokolwiek.  Spisałam moje cele, przede wszystkim unikając moją moralność (wiedząc, że tak naprawdę cele nie są moralne) była to ostatnia rzecz o, której chciałam myśleć tego dnia. Miałam więcej pytań biegających w moim umyśle niż zwykle (jeśli to możliwe). Kiedy zrobię te rzeczy? Co zrobię gdy zostanę złapana? Co jeśli rodzice w jakiś sposób się dowiedzą? Wiedziałam, że mogę zrobić te z łatwiejszych jak więcej przeklinać czy zacząć się malować, ale upicie się czy to najważniejsze? Gdzie do cholery znajdę używki w kościelnym  obozie? Usłyszałam gwizdek do studiowania biblii i jęknęłam, zgniotłam papier i wepchnęłam go do kieszeni. Podeszłam do komody, wpatrywałam się w szufladę zastanawiając się gdzie to ukryć. Nie mogłam bardziej ryzykować, że ktoś zobaczy ten papier, nie mogłam ryzykować, że ktoś zobaczy listę reguł. Grzebiąc w szufladzie zauważyłam stary strój kąpielowy mojej matki, nie chciałam go nosić. Idealnie! Umieściłam listę, która teraz była zwinięta w piłkę na kostiumie kąpielowym, zgięłam papier, przykryłam go i z powrotem wepchnęłam do szuflady. Strzepnęłam moje ręce i zamknęłam szufladę.  
                    Nikt, ani nawet sama ja nie będę tego brała w najbliższym czasie. 



                    Trzy dni minęły co oznacza, że to już prawie koniec tygodnia. Czwartek. Co oznacza pewien ekstremalnie nudny poniedziałek z Josh’em. Pewien bolesny wtorek z Josh’em. Denerwującą do łez środę z Josh’em. I wreszcie bardzo nieprzyjemny czwartek z Josh’em. Możesz uwierzyć w moje szczęście? Podczas gdy byłam w parzę z tym maniakiem, zgadnij kogo nie udało mi się zobaczyć w większości tygodnia? Tak, to prawda. Zesłanego z nieba, przy którym szczęka opada, zapierającego dech w piersiach mordercę mojego już niskiego ego, Justina Biebera. Okay, może to trochę przesada, ale mój słaby punkt przynajmniej został złapany. Unikanie Candice za wszelką cenę było proste. Nie wydaje się, aby ona wkładała dużo wysiłku w uprzykrzenie mi lata… jeszcze. Choć nie miała żadnego powodu. Naprawdę nie wiem jaki rodzaj idiotów poluje na niewinne (i mam na myśli naprawdę niewinne) dziewczyny. Tymi jedynymi idiotami mogę pomyśleć, że to pedofile, ale to inny temat do, którego nie dojdę dzisiaj. Ostatnio kiedy rzeczywiście ją widziałam była środa. Ona nie wyglądała tak… idealnie jednak. Jej nos nieco krwawił, a jej włosy były w bałaganie. Zamiast jej zwykle perfekcyjnej cery, miała mniej makijażu. Co najmniej mniej podkładu. Diamentowe, inkrustowane*  okulary przeciwsłoneczne ukryły jej oczy, pod którymi miała okropne wory. Wyglądała całkiem… jak gówno.
                    - Może ona została pobita – Megan zasugerowała, trochę uśmiechając się na tę myśl. Ally skinęła głową w moim kierunku czekając na moją opinię.
                    - Nie… Kto ośmielił by się pobić córkę właściciela tego miejsca? – zapytałam. – To znaczy chyba, że oni proszą się o wysłanie do domu, albo nawet pozwanie, jakie są szanse?
                    Megan gryzła swoją wargę patrząc w dół. Powiedziałam im co było pierwszą rzeczą, którą widziałam w czwartek rano. Zauważyłam Candice po ognisku podczas mojej drogi powrotnej do domku. Szła w szybkim tempie, zdawało się jakby unikała wszystkich. Spacerowała po drugiej stronie pożaru, który się dział w okolicy i złapała mnie na wpatrywaniu się. Ku mojemu zdziwieniu, nie zrobiła nic. Szła dalej, jakby moja obecność nigdy nie speszyła ją w jej całym życiu. Rozmawiałyśmy o tym upewniając się, że jesteśmy bardzo cicho. Kto wie jak szybko tu roznoszą się pogłoski i, że jest tu wokół nas ktoś niegodny zaufania? To wydaje się nam tematem zainteresowania i to co wiemy chcemy zachować w tajemnicy. Więcej ludzi stanie się zaciekawionym, plotki lecą, Candice chciałaby się dowiedzieć kto to i stałybyśmy się winne. Erika nie siedziała z nami dzisiaj. Zamiast tego siedziała na kolanach chłopców po drugiej stronie pokoju uzasadniając, że żyje jakby zostały jej trzy sekundy. Dyskutowała chętnie. Ale, może to była dobra rzecz. Ona jest nie jest chętna, aby nie było jej tutaj. Megan i ona były najlepszymi przyjaciółkami na zawsze, ale ja nie miałam żadnego pojęcia o niej, więc nie mogłam jej zaufać. Nie żeby coś, ale Megan i Ally były idealnymi sojusznikami, chociaż były różne. Erika wydawała się nieco… zarysowana dla mnie. Nie wizualnie. Wyglądała dobrze. To nie było tak, że czułabym się nieswojo gdybym zobaczyła ją na ulicy. Po prostu czuję związane z nią złe wibracje, czy coś takiego. Ale znowu, kiedy po raz pierwszy spotkałam Megan czułam od niej bardzo przyjemne wibracje i ona wydawała się coraz gorsza i gorsza każdego dnia. Nie z każdym z nas, oczywiście. Ale dla świata. Doprowadza ją do szału wszystko co wejdzie jej w drogę. Nie, żebym ja była idealna, ale wiesz co mam na myśli.
                    - Wiesz co mnie zdziwiło? – Ally zaszczebiotała jakby żarówki w jej głowie nagle się tak szybko zapaliły, że aż podniosła się z krzesła. Odkręciłam korek mojej butelki od wody, biorąc łyk. Jak trudno byłoby to dla kogoś odkręcić butelkę wody, aby móc ją przelać na kogoś? Zbyt czasochłonne. Nuciłam „hmmm” kiedy piłam.
                    - Gdzie jest Madeline? - wycierając usta zmarszczyłam brwi razem i zakręciłam z powrotem butelkę.
                    - Mam nadzieję, że żyje – Megan mruknęła biorąc duży kęs jej tostów francuskich. Była malusieńka, ale na pewno wiedziała jak jeść. Ignorując komentarz Megan wstałam i rozejrzałam się wkoło.
                    - Masz rację, gdzie ona jest? – Praktycznie na zawołanie zauważyłam Madeline wchodzącą do jadalni przez drzwi boczne, gdzie ja zostałam publicznie upokorzona. Biała bluza była rozpięta do połowy jej klatki piersiowej. Była tylko jedna cienka linia między żartowniś a prostytutka. Miała na sobie spodnie od jogi, które były bardzo… obcisłe.
                    - Dziesięć dolców za to, że nie nosi bielizny – Spojrzałam na Megan i Ally, które patrzały na nią kiedy podeszła do Spencer, chichocząc do siebie. Jej włosy były nieco brudne. Megan lekko kiwnęła do siebie.
                    - Tak, bez bielizny.
                    - Skąd wiesz? – zapytałam.
                    - Tylko poczekaj, aż się odwróci – Megan powiedziała, nie raz patrząc na mnie. Madeline szczotkowała włosy uśmiechając się do chłopaka kiedy rozmawiał z resztą grupy. Zajęło to tylko kilka sekund zanim obróciła się tyłem do nas.
                    - Widziałaś? Zazwyczaj spodnie są tak obcisłe, że można przez nie wszystko zobaczyć. I o ile ona nosi stringi w stonowanych kolorach, krótkie koronkowe, ona na pewno będzie komandosem - Będzie komandosem? Znajdź w tym sens, idiotko, pomyślałam.
                    - Nigdy nie zrozumiem dlaczego dziewczyny to robią – Ally powiedziała potrząsając głową i przeszywając widelcem kawałek melona.
                    - Co? Nie noszą bielizny? – zapytała Megan wytryskując jeszcze więcej syropu na jej francuskie tosty.
                    - Ta, jakim w tym sens? To tylko sprawia, że wyglądasz jak dziwka – powiedziała Ally. Megan wzruszyła ramionami zlizując kroplę syropu, która spadła jej na palec.
                    - Ona mogła mieć na sobie bieliznę – Megan powiedziała wpatrując się w swoje tosty francuskie i podnosząc butelkę wysoko aby nalać na nie jeszcze tego więcej.
                    - Co masz na myśli? – zapytałam, nawet jeśli odpowiedź była dość oczywista.
- Ktoś inny ma jej bieliznę. – nie patrząc na mnie powiedziała. Oboje milczałyśmy, Megan jak jadła wydawała się całkowicie niewzruszona. Ludzie tak wcześnie rano uprawiają seks? Gdzie ona nawet uprawiała seks? W domku Candice? Czy w swoim domku? … W łazience?
Odchrząknąłem niezręcznie odpychając talerz z dala ode mnie.
                    - Więc. – zaczęłam. – Dostałaś list?
                    Zamarła na chwilę przestając żuć swoje jedzenie. Czy powiedziałam coś źle? Kiedy chciałam się zapytać, zatrzymała mnie. Jej oczy już nie spotykały moich.
                    - Tak – powiedziała.
                    - Było w nim coś specjalnego? – zapytałam podpierając głowę łokciem na stole. Żuła patrząc na nie ugryzione jeszcze jedzenie.
                    - Nie – powiedziała. Patrzałam na nią przez chwilę, ale spuściłam wzrok wiedząc, że ona nie miała zamiaru odpowiedzieć. Nagle Ally odwróciła się do mnie.
                    - Jej rodzice są wściekli na nią – szepnęła mi do ucha, ale skupiała swoją uwagę na Megan. Jej głowa wystrzeliła w górę i zrobiła rękami jakby mówiły „co to było?”.
                    - Allison! – warknęła. Ręce Ally rzuciły się w obronie.
                    - Przepraszam! – zawołała jakby nie zrobiła nic złego. – Mówiłaś wcześniej, że zamierzasz jej powiedzieć! – Megan wstała łapiąc włosy w ręce z frustracji. To nie było w porządku, że Ali mi powiedziała, ale nadal…  muszę przyznać, że jestem strasznie ciekawa.
                    - Pierdolić te twoje wielkie usta – Megan splunęła stojąc. Wciągnęłam powietrze i wstrzymałam oddech kiedy Megan tupnęła i zniknęła z pola widzenia. Nie byłam pewna czy powinna zostać w ciszy czy zapytać o co w tym wszystkim chodzi. Ally westchnęła.
                    - Będzie z nią dobrze – Ally powiedziała z odrobiną porażki w głosie. Co może być aż tak ważne, że Megan tak się o to złości?
Po kilku minutach ciszy przełknęłam ostatnie krople śliny, które miałam w ustach. Zależało mi aby wyczyścić mój umysł z nieporozumień, które nim przejęły.
                    - Co to wszystko znaczy? – zapytałam cicho.
                    - Poszła wściekła do siności parę sekund temu - Było słychać gwizdek co oznaczało kościół i piesze wycieczki dla mnie i dla Ally. Wzruszając ramionami wzięła jedną nogę od stołu w tym czasie.
                    - Dowiesz się wkrótce. 


                    Jestem za młoda aby myśleć o seksie? Myślę, że to zależy od twoich przekonań i czy jesteś wychowany wokół podrobionego, bardzo religijnego otoczenia. Czuję się jakbym robiła coś nie tak. Miałam być rzekomo niewinną, słodką dziewczynką na, którą każdy przysiągł by, że nigdy nie zostanie pozbawiona dziewictwa (nauczyłam się tego określenia od Megan!), która pracowała by więcej niż 80 godzin w tygodniu z mężem bez hormonów. Może to trochę nierealne, ale wiem, że jedna rzecz jest pewna: żadna osoba nie myśli, abym mogła mieć jakiekolwiek stosunki pozamałżeńskie. I kto kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że mógłby zobaczyć mnie brudną z ekscytującym życiem seksualnym jako zamężna kobieta. Zawsze będę na dole, dziesięć minut w tej samej pozycji (misjonarskiej) i modląc się o zajście w ciąże.  Nikt nie spodziewał by się ode mnie regularnego seksu. Seks ma tylko jedno, proste zadanie między mężczyzną, a kobietą aby stworzyć dziecko. Mimo, że jestem chyba najbardziej niedoświadczoną dziewicą, czułam się jakby seks nie był tylko to tworzenia nowego życia. Jasne, że to niesamowite, że jesteśmy do tego zdolni, ale… to chyba nie wszystko? Co z wyrażaniem miłości do kogoś lub nawet spełnianiem swoich popędów? Czy to naprawdę aż takie złe? Może tak, może nie… to nie jest tak, że mogłabym to mówić do Boga, w którego i tak nawet nie wierzę. Kopnęłam gałąź w stronę szlaku, westchnęłam. Myślałam o seksie cały dzień i jeżeli nie zostałam już przeklęta wcześniej teraz na pewno już jestem. Byłam ciekawa dojrzewania nastolatek, pozwij mnie. Chciałam wiedzieć jak to jest, jak długo to trwa, co można o tym myśleć i więcej.
                    Poprosiłam o pójście do łazienki podczas wycieczki. Wychowawca powiedział kilka pierwszych rzeczy, zanim zawołałam bo to było absolutnie pilne. Przewracając oczami powiedziała, że mam wrócić przed gwizdkiem i spotkać się z nimi przy północnym potoku. Przechodziliśmy już tędy tyle razy, że nie miałam problemu ze znalezieniem go. Byłam zaskoczona i wdzięczna, że nie wysłała nikogo ze mną. Byłaby to długa, niezręczna i męcząca droga. Szczególnie biorąc pod uwagę, że nawet nie potrzebowałam iść do łazienki. Poszłam w stronę kościoła. Po prostu chciałam odejść. Nie mogłam odznaczyć „krzyżyków” z listy nierealnej, ale biorąc pod uwagę, że nie powiedziałam jej gdzie będę i tak czułam się trochę śmiała. Kłamałam, więc to jest początek, prawda? Zostałam wyrwana z moich myśli gdy usłyszałam gałązkę, która szeleściła z tyłu. Zamarzałam. Podniosłam głowę. Rozejrzałam się wokół, aby zobaczyć nic poza zielonym mchem, dużymi i gęstymi liśćmi, ciemnymi pniami drzew, które mnie otaczały.  Czasami można było zobaczyć znak, który prowadził do głównego obozu i do kilku specjalnych „punktów orientacyjnych”, ale do tej pory nie widziałam nic w zasięgu oczu. Tylko lasy. Wzruszyłam ramionami do siebie. To było chyba tylko zwierzę. Patrząc na szare niebo, przytuliłam moje okrycie bezpiecznie wokół mojego ciała. Mój granatowy płaszcz był rozpięty odsłaniając mój miękki, szary sweter. Były to jedyne z nielicznych moich ubrań, które wyglądały pochlebnie, dostałam je od cioci ze strony mojej mamy.  Ubrania były bardziej dojrzałe, jak kobiece ubrania w przeciwieństwie do reszty mojej szafy czyli niedorosłe, pełne swetry, luźne spodnie i jeansy spoczywaj-w-spokoju. Miałam szczęście, że powiązałam mój top z tym co najlepsze z tego co Megan rzuciła mi dzisiaj rano. Parę czarnych spodni, które moi rodzice niewątpliwie wyrzuciliby za dopasowanie. Prosiłam rodziców o katanę ostatniej zimy na Boże Narodzenie. Niespodzianka, niespodzianka powiedzieli nie. Oni po prostu stwierdzili, że nie chcą abym robiła złe wrażenie. Podobno katany są noszone przez „narkomanów” i „motocyklistów”. Mój tyłek. Jakby ktoś uwierzył, że ta twarz jara i jeździ na motorze.
                    To był jeden z tych rzadkich, deszczowych dni w lato. Zazwyczaj były to dni w, których czułam się przytulna. Siedząc w środku było mi ciepło i bezpiecznie, a za oknem o szyby uderzał deszcz. Wydawało by się, że to doskonała okazja aby się z kimś przytulać.
Może nawet uprawiać seks. Potrząsnęłam głową. Ugh! Odwalcie się, hormony.
Słysząc kolejny trzask gałęzi, odwróciłam się i tylko słyszałam znów ten sam dźwięk powtarzający się dziesięć lub więcej razy.
                    - Gówno – ktoś mruknął.
                    Rozejrzałam się i nikogo nie zobaczyłam. Ukrywali się… Nie było to możliwe, aby mój umysł utworzył głos, który brzmiał jak żywy. Nigdy nie miałam halucynacji czy nawet objawów schizofrenii, więc wiedziałam, że nie jestem tu tylko ja. Cofnęłam się w kierunku z, którego przyszłam rozglądając się naokoło.
                    - Halo? – szepnęłam ostro do mojego otoczenia. Natura wokół mnie była nieruchoma nie dając mi żadnego pojęcia gdzie ktokolwiek może tu być. Moje kroki były duże i ciche.
                    - Halo?! – szepnęłam znowu. Nikt nie odpowiedział.
                    Nie, bzdura wiadomo, że nikt nie odpowiedział, kretynko. Oczywiście, że staramy się ukryć!
                    Stanęłam prosto z rękami w kieszeniach. Fajnie, jeśli chcą zostać nieznani to niech tak będzie. Kontynuowałam dalej mój spacer. Odwróciłam się powoli by powrócić na szlak za gwiazdą. Jesteś po prostu wokół pętli – nagle coś owinięte naokoło mojej kostki oderwało mnie od myśli. Głośno krzyknęłam, ponieważ zaczęłam się zapadać, skoczyłam więc szybko i brutalnie wyrwałam się z tego co było naokoło mojej nogi. Szybko spojrzałam w dół, tylko aby zobaczyć czyjeś ramię, ale za chwilkę znów z powrotem schowałam się w krzaki. Dotarłam do przodu i zaczęłam usuwać postrzępione liście.
                    - Dokonałeś dzisiaj złego wyboru. Jak myślisz dlaczego – Justin? – docinałam sobie, gdy nagle zobaczyłam Justin’a, w otoczeniu gałązek, brud i liści leżącego na plecach. Głupio uśmiechał się do mnie i milczał. Jego twarz była czerwona, ale nie ze wstydu. To było zbyt czerwone jak na jego skórę. Przez ten czas cały czas wstrzymywał oddech! Spojrzałam na dół na jego strój i zauważyłam, że ma na sobie katanę, pod którą ma czerwono, czarno, białą koszulę w kratkę. Oraz brązową beanie, która ledwo zwisała z tyłu jego głowy. Gdy moje oczy pociągnęły się jeszcze w dół jego ciała zauważyłam małe smugi dymu rozprzestrzeniające się przez wiatr, coraz bliżej stóp. Jeszcze pochylając się nad nim, zmarszczyłam brwi.
                    - Palisz? – zapytałam.
                    W niemal pół sekundy zanim jeszcze zdałam sobie sprawę sięgnął swoimi dużymi rękami w stronę mojej łydki i pochylił się by pociągnąć mnie. Wrzasnęłam i wyciągnęłam ręce bez unikania lądowania na mojej twarzy. Spadając na niego, spojrzałam na jego twarz, a obydwie ręce położyłam na jego klatce piersiowej.
                    - Co? – zapytał uwalniając ogromny oddech z jego ust. Ślady dymu z jego różowych ust były białe, grube i unoszące się dookoła. Siedząc zaczęłam kaszleć i machać ręką w jednym miejscu. Zebrał wszystko co było w jego rękach do ust patrząc na mnie i dając mi wskazówkę co wdychał  oraz zapalił pokazując ognisty kolor pomarańczowy. To było w kształcie papierosa, ale grubsze. Prawie jak cygaro.
                    - To joint? – zapytałam, mając nadzieję, że nie będzie się śmiał z mojego braku wiedzy. Jego wzrok był opadający i różowy. Wyglądał na zmęczonego, ale szczerze mówiąc nadal wyglądał gorąco. A ja siedziałam okrakiem na nim… Cholera, siedziałam okrakiem na nim!  Naprawdę jestem wdzięczna za to, że jestem naprzeciw jego klatki piersiowej, próbowałam uspokoić moje bicie serca poprzez powolne, głębokie oddechy, które skończyły wychodzić nieregularne. Psychicznie próbowałam uspokoić siebie za nim on odsunie się lekko. Przełknęłam ślinę i prawie dyszałam, kiedy niemal czułam to co było pod materiałem jeansów. O mój boże.
                    - To jest blunt, dziewczynko – powiedział uwalniając dużą ilość hipnotyzującego dymu z jego ust. Patrząc na to milczałam.
                    - Paliłaś kiedyś? – zapytał wdychając ponownie. Wahałam się. Co mam powiedzieć? Przyznać, że jestem kompletnym frajerem i nigdy nie paliłam czy skłamać i powiedzieć, że tak. Przegryzłam moja dolną wargę. Nie wszyscy wiedzą, że kłamałam w ostatnim czasie. Potrząsając głową uśmiechnął się. Więcej dymu wypuścił przez swoje białe zęby.
                    - Tak myślałem  - wywróciłam oczami.
                    - Co masz na myśli? – zapytałam zmrużając oczy. Zaśmiał się wsadzając blunt między środkowy a wskazujący palec. Czułam się nieco zła. To znaczy póki on nie położył swoich rąk na moich biodrach. Jego palce ciągnęły się wzdłuż mojego ciała spinając mnie. Mój zły wyraz twarzy spadł do łagodnego zszokowana jak moje usta lekko się rozsunęły.  
                    - Jesteś taka niewinna – powiedział cicho. To nie była duża sprawa. On po prostu muskał rękami moje plecy, ale to oczywiste, że nigdy się tak nie czułam. Żaden chłopak nigdy  nie dotykał mnie w życiu w innym miejscu niż ręka. I człowieku kiedy położył na mnie rękę czułam się jakbym wygrała na loterii. Oblizałam usta, unikając kontaktu wzrokowego.
                    - Uh, ch-chyba powinnam wracać z powrotem – powiedziałam kręcąc się.
Pochylił głowę.
                    - Dlaczego? – wyszeptał. – Zdenerwowana? – nagle jego ręce były tylko kilka centymetrów nad moim tyłkiem. Wyszarpałam się wspierając się rekami i stanęłam na dwóch chwiejnych nogach. Śmiejąc się, on nadal siedział patrząc na mnie. Wiedziałam, że on po prostu droczy sie ze mną i próbuję się dobrać do kolejnej dziewczyny aby powiększyć sobie akta. Nie było mowy, aby kiedykolwiek chciał czerpać przyjemności z bycia z piętnastoletnią dziewczyną. On jest ode mnie starszy o trzy lata, ukończył liceum, kiedy ja w tym roku zaczynałam drugi rok. Plus, był wysoki. To nie tak, że jego intencją było dostać się do mnie i pokazać czego mi brakuje. Stałam tam czując się niezręcznie kiedy on się śmiał sam do siebie jakby była to najzabawniejsza rzecz jaką widział. To wyglądało dość żałośnie i właśnie na to czekałam, aby pamiętać i śmiać się z tego kiedy będzie trzeźwy. Wstał, otrzepał swoje spodnie i podszedł do mnie. Mój puls zaczął wyścig, a moje kości stały się ciężkie jak cegły co wróciło mnie na ziemię. Moje oczy śledziły każdy jego ruch, położył rękę na moich biodrach  i ciągnął ją powoli w górę. Nagle delikatnie chwycił mój warkocz i szarpnął go nieco.  To nie bolało, ale wiedziałam, że nie zrobił tego przypadkowo. Następnie wziął w swoje duże dłonie moje włosy patrząc na mnie, a ja zrozumiałam, że je rozpuścił.
                    - Jesteś bardziej gorąca  z rozpuszczonymi włosami – powiedział łagodnie, przekładając moje włosy przy szyi. W jednej chwili siedzę na nim rozkraczona, w drugiej śmieje się ze mnie, a dalej nazywa mnie gorącą.  Nie powiedział nic więcej i znów zaczął tępo palić i iść dalej, jak to zwykle robi. Ale gdzieś we mnie wiedziałam, że to nie koniec. Trzeźwy lub nie, Justin Bieber i ja chcieliśmy więcej. 


                    Następnego dnia w kościele mój umysł był w stanie pełnego wyczerpania. Nie tylko dlatego, że nie spałam, ponieważ coś ciągle okropnie mnie swędziało (zakładam, ze to jakiś rodzaj wysypki), ale dlatego, że sprawy z kościołem wcale mnie nie interesowały. W ogóle nie mogłam się skupić i w mojej głowie chodziły myśli o Madeline. I jej bieliźnie. To nie było dla mnie ważne, dlatego nie rozumiem dlaczego moje myśli przyprowadziły mnie do tego tematu. Naprawdę nie obchodzi mnie czy ona uprawia w ogóle seks, więc dlaczego nie mogę przestać o tym myśleć? Przez chwilę zastanawiałam się… może dlatego, że to było związane z seksem? Jak zdemoralizowanie i niedojrzale to brzmiało to właśnie przykuwa moje zainteresowanie. Pomyślałam. Jestem tylko człowiekiem, prawda? Więc czy rzeczy takie jak sława, fortuna i seks nie powinny odwoływać się do nas? Czy to nie jest w naszej naturze? Zamrugałam kilka razy, stękając i próbując skupić się na pastorze. Nagle zamknął oczy, trzymał ręce na podium i pochylił głowę. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam, że wszyscy inni robią to samo. Następnie wraz z tłumem, głosem jak-zombie zaczął mówić „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Ściskając szybko dłonie, pochyliłam głowę, żeby wszystkie oczy nie znalazły się na moim miejscu. „Święć się imię Twoje; przyjdź królestwo Twoje;  bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi; chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom;  i nie wódź nas na pokuszenie; ale nas zbaw od złego. Amen.” Wszyscy podnieśli głowy usiedli, ale moja głowa ciągle było owinięta wokół modlitwy. Siadając wpatrywałam się w przestrzeń recytując codzienną modlitwę w mojej głowie i zastanawiając się nad sensem każdego zdania. 

Ojcze nasz, któryś jest w niebie,  jeśli on w ogóle istnieje

Święć się imię Twoje,  człowiek, który określa, w jaki sposób żyjemy, jest nazywany świętym?

Przyjdź królestwo Twoje, co jeśli ja nie chcę żyć wiecznie w niebie?

Bądź wola Twoja, jak w niebie tak i na ziemi, czyli co? Będziemy smażyć się w piekle?

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, tylko tak możemy przeżyć kolejne dni dzięki regułom?

I odpuść nam nasze winy, ale to nie jest normalne, że popełniamy błędy?

Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, dlaczego nie możemy chować urazy?

I nie wódź nas na pokuszenie, życie byłoby nieinteresujące i nudne nie dając nam tego, i co teraz?

Ale nas zbaw ode złego, czy tu chodzi o te wszystkie rzeczy, które są złe i nas interesują jak seks, pieniądze i sława? 


                    Wiem, że gdyby osoba religijna z tego kościoła wiedziałaby co myślę byłaby oburzona. Miałaby rację. Jak śmiesz pytać Boga w świętym miejscu? Ale czy to oznacza, że oni nigdy tego nie zrobili? Oni po prostu nigdy nie zgrzeszyli, ani nie dali się na pokuszenie? Budda kiedyś powiedział „Umysł jest wszystkim. O czym myślimy tym się stajemy.” Zaskakująco, zrozumiałam co miał na myśli od początku. Myślisz negatywnie, widzisz negatywnie. Chociaż na pewno nie jestem w stu procentach zdrowym psychicznie człowiekiem, tj. myślę pozytywnie i jestem spokojna, wiem skąd to pochodzi i co mówi, bo to jedynie ma sens. Ludzie to najbardziej negatywne umysły i to oni przewidują sobie najwięcej kłopotów. Ale co się dzieje gdy myślisz o pokusie? Kiedy jesteś pobudzony przez coś co w ogóle nie powinno cię interesować? Czy dajesz się lub próbujesz przekonać, że naprawdę tego nie chcesz? Bo okazało się, że bardziej o tym wszystkim myślałam i nie powinnam więcej o tym myśleć odkąd zobaczyłam Justina. Nienawidzę o tym mówić, ale… Jeśli jesteś tym co myślisz i jeśli przyciągają cię rzeczy o, których myślisz, to dlaczego nie mogę myśleć o tym o czym chcę? A jeżeli ja chcę myśleć o Justinie? 
 

*inkrustacja - technika zdobienia przedmiotów: sprzętów, mebli, dzieł artystycznych itp., polegająca na wykonywaniu wgłębień w podłożu i wklejaniu w nie odpowiednio przyciętych płytek z różnych materiałów.

* * *

Hej wszystkim! :) Jestem nowym tłumaczem tego świetnego opowiadania. Mam nadzieję, że tłumaczenie dla mnie jak i dla Was będzie przyjemnością. Dodam też, że nie tłumaczę tekstu słowo w słowo, czasami po prostu układam zdania tak aby dobrze brzmiały po polsku i zachowały swój sens. Nie będę się tutaj rozpisywać o opowiadaniu, bo już bardzo dobrze je znacie. Co do wyglądu bloga nie wiem czy ten, który zrobiłam tutaj pasuje, dlatego napiszcie czy wolicie ten czy poprzedni. 

Wielkie dzięki za przeczytanie tych wywodów pod rozdziałem haha, see ya! x 


P.S  Czy tylko mnie rozśmieszają niektóre przemyślenia Joanny?

niedziela, 8 września 2013

nowy tłumacz

Żeby zostać nowym tłumaczem Cabin304, należy przetłumaczyć kawałek 8 rozdziału, który znajdziecie poniżej, a następnie wysłać mi go na email - lloyxie@gmail.com :)

Macie czas do piątku (13.09), powodzenia wszystkim! :) 

Możecie się ze mną kontaktować na twitterze - @lloyxie



Twirling the pencil onto its opposite side, I scrubbed it against the piece of paper, erasing what I had just written down. Hardly visible, the words "get drunk" were written. I sighed. I had actually begun to do the task we were unofficially assigned, unlike anyone else here. Everyone else was sitting around with friends, playing games with friends or hitting on the opposite sex with friends. And I? Well I was just enjoying the perfect view of others having the time of their lives while I sat on a bench and wrote down my goals and morals. They all must be fuming with jealousy. If they even managed to notice me, anyway.

If I told you it was me just trying to be a spontaneous person when writing that down, I'd be lying. I'll admit it; I wanted to get drunk this summer. Fine, you caught me. The preacher’s daughter admits to her scandalous fantasies! Not that anyone cares, but you know... It was unquestionably something that my parents would disapprove of because of their ‘zero tolerance for substance abuse’ rule. One time caught smoking, drinking, snorting or even injecting and you can kiss your sorry behind out. No doubt.

I didn't want to disappoint my parents. No kid does. No kid wants to come home from school and announce that they'd failed a test or was sent to the principal’s office. C'mon, as much as you say you "don't give an eff", you know you do. But continuously trying to better myself for the sake of their reputation is a complete strain on my well-being. I remember arriving home after youth group, trying to impress them with my countless stories of achievement and success, yet that didn't seem to satiate them.

I dreamt of being daddy's little girl ever since I was younger. I watched with a pair of envy-filled hazel eyes as other little girls were treated like princesses by their fathers. While they sat on their father's shoulders, I sat in church, reciting my lines for our annual Christmas play. And I wasn't even chosen as the lead! Obviously nepotism was another thing that was strongly frowned upon.

Even though, I —if I do say so myself— blew everyone's minds away with my show stopping performance (ninety percent acting, seven percent pretending to do something in the background and three percent singing), I wasn’t congratulated. Not even a “good job”. And this was church related!

Every year the parents wait for their kids at the stage exit, holding bouquets of gorgeous flowers, chocolates and balloons. They were hugged, picked up and kissed. I didn’t get shit. But I knew better not to ask why I didn't receive that sort of treatment. That's like asking to get yelled at.

I read the list of things I wrote down on the perfectly ripped out piece of paper, after retracing the words that I had written down. “Start wearing makeup, wear better clothes, pierce my ears, curse more, get drunk,” I stopped, adding an arrow and writing in small enough letters ‘or high’, “sneak out, ditch and… mess around with a boy.”

Some of my “goals” were pretty general, and some were more or less specific. Either way, I couldn’t help but to notice that they all pertained to the rules that my parents had given me. Whatever.

Writing down my goals, and mostly avoiding my morals (knowing that the goals weren’t really moral appropriate) was the last thing I would think about that day. I had more questions running through my mind than usual (if possible). When would I even do those things? What if I got caught? What if my parents somehow found out?

I knew I could accomplish some of the more easy-access one like curse more or start wearing makeup but what about get drunk or high? Where the heck would I find drugs at a summer church camp?

The whistle blew for bible study and I groaned, crumpling up the paper and stuffing it into my pocket. Walking to my dresser, I stared into a drawer, wondering where I’d hide it. I couldn’t risk anyone seeing this paper even more than I couldn’t risk someone seeing the list of rules. Rummaging through the drawer, I spotted my mother’s old swim suit that I refused to wear. Perfect! Setting the list that was now into a ball onto the swim suit, I folded it over the paper, covering it and stuffing it back into the drawer. I dusted off my hands, and closed the drawer.

Not like anyone or even myself will be taking this out any time soon.

niedziela, 1 września 2013

Witam

Doszłam do wniosku, że nie ma sensu dłużej tłumaczyć tego opowiadania. Spóźniam się z terminami, a wiem, że wy je bardzo polubiliście i ciągle musicie mnie zmuszać, abym przetłumaczyła nowy rozdział.

Szukam kogoś, komu mogłabym oddać to tłumaczenie, jednak na pewnych warunkach. Wy wreszcie będziecie mieli normalnego tłumacza, a ja zrzucę z siebie ten ciężar, który noszę przez ostatnie dwa miesiące. 

Niech osoby, które są zainteresowane przejęciem tego tłumaczenia, piszą na mojego twittera - @alohacher :) 

Mam nadzieję, że jak najszybciej znajdę kogoś odpowiedniego na moje miejsce.